Taka nazwa...

Dlaczego "adameria"?

Zaraz, zaraz... to się kojarzy ze słowami: cafeteria, drogeria, pasmanteria, fanaberia, kokieteria, histeria, itp.
W tej witrynce - ma prawo.
Będzie raczej okołomuzycznie. Choć nie zawsze,
a na dodatek widziane subiektywnie.
Zapraszam. Każdego kto tu zajrzy - pozdrawiam. Wszak ważne jest podzielenie się... z Wami.A na koniec - postaram się nie wymądrzać. Uda się:-)?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alboomki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alboomki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 października 2010

Dezerter A.D.2010

Właśnie w sklepach pojawiła się nowa płyta. Nie opiszę jej tak szeroko jakbym chciał. Jednak nie mogę pominąć tego faktu, bo to jeden z najważniejszych zespołów dla mnie. Choć chyba nie zgadzam się do końca światopoglądowo, to w tekstach Dezertera jest wiele słów gorzkiej i mądrze wyrażonej prawdy. Muzyka także pozostaje na wysokim dezerterowym poziomie, ale nie jest to przetrawiona i wyszukana kompania misternie tkanych dźwieków. Po prostu, to dobrze zagrany, zaaranżowany rock. Celność przekazu może uzmysłowi taki oto tekst:

PRAWO DO BYCIA IDIOTĄ

Może wystarczy narzekania
że wszystko jest do dupy
że bezmyślna konsumpcja
i niekończące się zakupy
że narodowi katolicy
szukają wszędzie spisku
i modlą się o klęskę
żeby ich było na wierzchu
Może wystarczy narzekania
że globalizacja i korporacje
zabijają indywidualność
a władza ma zawsze rację
że kontrola na każdym kroku
PIN-y, NIP-y i PESEL-e
tajna policja skarbowa
i anonimowi donosiciele

Może wystarczy narzekania
że pogrążamy się w bezładzie
że środowisko zagrożone
a świat pędzi ku zagładzie
że na wojnie w imię ropy
giną niewinne osoby
a jedynym wygranym
jest przemysł zbrojeniowy

Może to wszystko jest bzdurą
a życie wygląda inaczej
może rządy są uczciwe
i nie ma ukrytych znaczeń
Może to, co chcą Ci sprzedać
powinieneś od nich kupić
nie zadawać trudnych pytań
i po prostu ich polubić

Refren:
Mamy wolność słowa
i wolność bycia sobą
Mamy prawo wyboru
i prawo bycia idiotą

To ja jeszcze tylko napiszę do widzenia na dzień dobry...

wtorek, 10 sierpnia 2010

Śrubkami zakręcony

Premiera tej płyty odbyła się w lutym, ale ja dowiedziałem się o niej z końcem lipca. Kiedy przechodziłem ulicą, zauważyłem plakat. To on przyciągnął moją uwagę. Najpierw swoim wyglądem (por. okładka polewej), a potem nazwiskami. Badach, Miśkiewicz, Turnau, Wodecki... Co to za projekt? - pomyślałem. Zorientowałem się szybko, że nie jest to twór podobny do "Męskiego grania" (wspólna trasa koncertowa i wspólne oraz indywidualne występy), ale jest to nowy projekt muzyczny od A do Z, a właściwie do Ś, ponieważ nazywa się Śrubki.  W połowie lipca odbył się koncert w Krakowie, który niestety przegapiłem, ale nie ma tego złego - cóż, jeszcze można się o czymś dowiedzieć przypadkiem i poza internetem. Pomysłodawcą i kierownikiem projektu jest Michał Jurkiewicz, muzyk znany z zespołu Grzegorza Turnaua. Świadczy o tym także skład muzyków, którzy zagrali i zaśpiewali w Śrubkach. Ojcem chrzestnym, tego projektu jest właśnie Grzegorz Turnau, który niejako "postawił pod ścianą" Michała Jurkiewicza, twierdząc chyba, że tak zdolny muzyk nie może się marnować. Tą historię warto jednak przeczytać z solidnie wydanej okładki.
Niechcący powstał projekt na temat, a tym tematem jest podróż i kolej. Mimo, że PKP nie jest sponsorem płyty, to na temat parowozów, semaforów, pociągów można usłyszeć wiele ciepłych słów. Nie będę wymieniał wszystkich utworów i omawiał każdego z osobna - wystarczy włączyć płytę i stwierdzić, że nie ma na niej słabej kompozycji. Choć Kolejowy szlak, Nasza podróż, Międzyplanetarny rejs i Parowy pociąg utkwiły najbardziej w mojej pomięci po dwóch przesłuchaniach. Dobrodziejstwem tej płyty są nie tylko kompozycje z perfekcyjnym instrumentarium, ale przede wszystkim wokaliści. Gościnne (lub nie!) występy Kuby Badacha, Doroty Miśkiewicz, Grzegorza Turnaua, Zbigniewa Wodeckiego, ale także mniej znanych Oli Królik, Małgorzaty Markowskiej oraz Agnieszki Jurkiewicz, no i samego Michała Jurkiewicza ubogacają cały projekt. Przy utworze Nasza podróż (czyj to wokal? ;-) ) można naprawdę odjechać, odpłynąć i odlecieć. Może nie czas o tym wspominać, ale na płycie można znaleźć także utwór na miarę pastorałki pod tytułem Z wysokiego nieba, aczkolwiek nadaje się do słuchania również wczoraj, dziś i jutro. Jak widać - można się nieźle zakręcić na punkcie Śrubek. Nie tylko będąc miłośnikiem kolei. Pora kończyć,  dalsze rozpisywanie się nie ma sensu. Zamiast tego poniżej załączę filmik dotyczący płyty:
P.S. Proszę, zwróćcie w nim uwagę na chwilę 5:58 ;-).

czwartek, 13 maja 2010

Frontalny atak muzyczny Katolików

Wreszcie mogę opisać płytę, którą mam w swoich zasobach od jakiegoś czasu. Z muzyką zespołu Katolika Front jestem zaprzyjaźniony od przynajmniej 2 lat, ale pliki MP3 ściągnięte z http://www.katolikafront.pl to nie jest to samo co cała płyta, którą mogę dotknąć, poczytać teksty w książeczce, itd. Tak mam... Z samą płytą nie zakumplowałem się od razu. Przyczyny kompletnie nie leżały po stronie zawartego materiału, ale raczej spowodował to zbieg okoliczności tych mniej lub bardziej zależnych ode mnie.
Płyta ukazała się pod koniec tamtego roku. Nagrywana od listopada 2005 do marca 2009, na dodatek w różnych miejscach. Długo. Mimo to całość stanowi bardzo spójny materiał. Jeśli ktoś tak jak ja lubi czasem posłuchać ostrzejszych gitar, lubi posłuchać tekstów, które "mówią" pozytywnie o Bogu, na dodatek w języku polskim, a znudziło mu się słuchanie "w kółko" muzyki przykładowo takiej jaką nagrywa Tymek, to ta płyta idealnie pokrywa się z jego potrzebami. Każdy z pewnością teraz pomyśli o tych i jeszcze innych porównaniach, jednak chciałbym od tego uciec. Sam głos wokalisty i frontmana Grzegorza Bociańskiego, pomysły zawarte na płycie oraz brzmienie zespołu są po prostu  - co tu dużo pisać - oryginalne. 
Już na samym początku efekt odgłosu przesuwanej gałki radiowej (czy ktoś jeszcze ma i/lub pamięta taki odbiornik radiowy?) nastraja słuchacza pozytywnie. Bardzo krótki, ale bardzo ważny tekst utworu Przegrała mecz: Widziałem śmierć/ Przegrała mecz/Trzeciego dnia/Przegrała śmierć może stanowić motto całej płyty, bo to jest prawdziwy under-kato-ground i najważniejsza informacja dla niedowiarków. Utwór Hej, Ty słuchaj doskonale znam jeszcze z czasów MP3. Chwytliwy riff (nie tylko na początku) i refren, który jak wejdzie do głowy, można nucić cały dzień. Potencjalny przebój - i wielka szkoda, że środki masowego przekazu, poza internetem, tak rzadko (do)puszczają takie utwory. Kolejny utwór to Blask - niech prowadzi mnie i płyta rozkręca się coraz bardziej. Mocno brzmi To musi się stać, tak muzycznie, jak i tekstowo, a słowa pochodzą z samej Apokalipsy Św. Jana. Do mnie osobiście najbardziej chyba przemawia utwór Sądy, gdzie spokojniejszy, a potem wzmocniony perkusją i powtarzany refren: Nadzieję trzeba mieć choćby cały świat krzyczał - nie powoduje, że dzień staje się jakby jaśniejszy. Kompletnie inne nastawienie do sprawy. Psalm 51 charakteryzuje się wstępem, gdzie wymawiane słowa samego psalmu mieszają z wymienianymi grzechami. To przecież psalm o oczyszczeniu samego siebie. Czytałem już opinie, że następna piosenka czyli przeróbka "Shout" Tears For Fears to perełka i nieliczny, wartościowy utwór na tej płycie. Mój Bóg - Shout, bo taki jest tytuł utworu, rzeczywiście jest ciekawym coverem. Bardzo dobrze, że zespół sięgnął i zawarł na płycie coś takiego. Jednak nie zgodzę się, że poza nim Katolika Front nie ma nic do zaprezentowania. Wystarczy posłuchać dalej. Po szybkim utworze Wyślij moje serce, który z pewnością miał, ma i będzie miał bardzo dobry odbiór na koncertach, przychodzi czas na balladę Tonę. Przecież ja bez Ciebie... Tonę. Na płycie niejeden raz można usłyszeć nakładane chórki, ale w tej piosence są one szczególnie wybijające się i świetnie odzwierciedlają charakter śpiewanego tekstu. Utwory Archaniele i Różaniec mówią o... wiadomo kim. W tym drugim zwróciłem uwagę na aranżację. Ponieważ obiecałem nie porównywać, to nie napiszę jakie tu miałem skojarzenia - pisząc tylko tyle, że miałem je z BAAARDZO słynnymi zespołami w Polsce i na świecie. W klimatach łódzko-sjetlijskich. Utwór Jak dwa razy dwa też może dawać radochę na koncertach. Przedostatni utwór to Augustyn. Chyba najbardziej znany z całej twórczości. Początkowe akordy zaczerpnięte z pewnej znanej (niekoniecznie od dobrej strony) kapeli punkowej są przełamane porykiwaniem lwa, o którym mowa w tekście. Zastanawiałem się o jakim Augystynie jest mowa, ale chyba chodzi o pewnego Ojca, zakonnika, opiekuna muzyków rockowych. Na koniec znów przesuwająca się gałka, tym razem po utworach zawartych już na płycie i wreszcie rozbrzmiewa ballada Jak rozpalony żar. Takie finałowe przesłanie:  Otwieraj drzwi, otwieraj się.
I jeszcze słowa mojej ulubionej modlitwy.
Grzegorz Bociański, Jacek Przydryga, Krzysztof Stasiak, Zygmunt Koperczak z gościnnym udziałem Mateusza Stasiaka. Taki jest skład Katoliki Front. Zespół jest pewnie przekreślony w mediach już za samą nazwę (podobnie jak to było z nazwami "SS-20" i "Moskwa" w czasach komuny), ale myślę, że się tym nie martwi i robi swoje. Ewangelizacja. Kawał dobrej roboty!!! I to ostatnie zdanie - to moje podsumowanie.

czwartek, 18 marca 2010

Elektrycznie naładowane Lao Che

Zabierałem się do napisania o tej płycie kilka razy. Zakup przed premierą, ale... zawsze było "coś do roboty" albo nie miałem akurat ochoty. Rymnęło się.
Na wstępie napiszę, że po mojemu grupa Lao Che kolejny raz nagrała koncept album. Choć Muzycy mówią, że to zestaw utworów i już. Oczywiście nie mam zamiaru niczego podważać, ani udowadniać. Okładka rodem z półki "Metal/hardocre", ale to zmyłka. Cóż, warstwa muzyczna, tak pełna elektroniki, może skłaniać do przemyślenia, czy mimo wszystko nie ma tutaj pewnej, ukrytej jak mniemam, koncepcji. Również wartwa tekstowa ma szereg odniesień do tej samej kwestii - przemijania i czasu. 
Po kolei... Początek to Historia stworzenia świata, raczej opowiadana niż śpiewana, muzycznie jakby w jazzowym klimacie, celowo zakończona mocnym stukotem. Jakiś wybuch musi być. Natomiast w tekście drugiego utworu można się nawet doszukać nawiązania do "Na językach" Kayah. Utwór rozpoczyna elektroniczna perkusja, jednak gitar nie brakuje. Taki Krzywousty. Trzeci utwór czyli Magistrze pigularzu to, mam nadzieję, raczej ogólne rozważania filozoficzne. Jak znaleźć lekarstwo na ból istnienia? Mnie też czasem boli. Ponownie nie brakuje elektroniki (tak, to słowo być może będę nawet nadużywał). Rytm i melodia "wpadają w ucho". Utwór wyśmienity kompozycyjnie, podobnie jak kolejny, znany z radia, a właściwie to już przebój. Czas. Trzyma mnie nadal i mogę napisać, że nie odstaje od całego materiału. Rzeczywiście jest reprezentatywny dla tej płyty. Tekst, jak zawsze w przypadku Lao Che, ze skojarzeniami, które mogą być różnie interpretowane. Gitar nie brakuje, ale elektro na czele, wszak to płyta z prądem. Życie jest jak tramwaj z wyjątkowo gładko napisanym tekstem, jeśli mogę tak określić. Tak naprawdę wszystkie teksty Lao Che są bliskie mi literacko. Nie pogniewałbym się, gdyby Życie... pojawiło się na Listach Przebojów. Dłonie i znów typowo elektroniczny początek. I choć może nie powinienem tak porównywać, to w tym momencie nieco kojarzy się w mojej jaźni z zespołem Kraftwerk. Gitara wybija krótkie dźwięki, jednak klawiszowa dominacja bardziej daje się pamiętać. Kto powiedział, że to nie jest czas na elektroniczną muzykę? W kolejnym utworze Kryminał chyba po raz pierwszy od początku płyty pojawia się słowo prąd, jednak tytułowy utwór dopiero po chwili. I znów klawisze, efekty, efekciki, przetworzony głos na początku... Dochodzimy do utworu tytułowego. Prąd stały/prąd zmienny, kto wie czy nie jest to najlepszy utwór na płycie. Przynajmniej mnie się tak wydaje. Wersety typu: Rad bym wszystkich was sumiennie usciskać, ale przebicie być może i zaczęłoby błyskać, a potem: Baju baj ludziska, stand by. Dla mnie - znakomite. Chwytliwy refren, niezbyt szybkie tempo i zmiany nastroju. Prąd jest stały czy zmienny? Urodziła mnie ciotka to utwór szybszy, potencjalnie do radia, obawiam się jednak, że ostatnie wersety spowodują, że w radiu się nie pojawi. A narkotyków to mi nie tykaj, bo szpetnie się po nich pierdzi. :-) W stylu Lao che, jednak nie w stylu publicznej emisji. Może szkoda... Wielki kryzys. Tym razem melodyjki w tle mogą się kojarzyć nawet z Depeche Mode. Tekst utworu raczej wykrzyczany. Moim zdaniem jasny punkt płyty, choć ciemnych - to ja zbytnio nie widzę. Jego koniec to już punk taki, że ojej! Nie lubię szufladkować muzyki, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. Po nim kolej na balladę Sam O'Tnosc. Samotość czasem każdemu jest potrzebna. Na rozmyślania, wyciszenie i przepięcia w mózgu. Utwór radiowy, ale nie typowo radiowy, raczej nietypowy i w tym jego dobry nośnik. Czy zostanie singlem? Nie wiem, w każdym razie jest o samotności, a ta z singlem kojarzyć się może. Płytę zamyka Zima stulecia. Tekst ponownie mówiony, z dość głośnym refrenem. Właśnie jest na LP3. Podobnie jak Czas. A za oknem wiosna...
Zakończę tylko tak: Cóż... bez odbioru, to chyba wszystko już.

Zespół obecnie w trasie koncertowej. 

środa, 17 lutego 2010

Antonina Krzysztoń na Wielki Post

Pieśni postne. Płyta nagrana 18 lat temu, a ciągle aktualna. "Czy Chrystus umiera za każdego? Czy chrystus umiera każdego dnia?" zapytał rok temu w swoim armijnym procesie Tomasz Budzyński. Odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca. A tu można ją pogłębić. Warto sobie zaaplikować, po tamtym muzycznym srogim laniu, tą właśnie płytę. Dla kontrastu. Przy czym osobom wierzącym i wrażliwym doradzam słuchanie jej "na raty", ponieważ całość może permanentnie zdołować i przygnębić. Nie można jej słuchać przy krojeniu serka na kanapki, wycieraniu kurzu z mebli czy prasowaniu. A jak wbijamy gwoździe, to po pierwszych taktach dosłowność tej czynności nie pozwoli nam jej kontynuować. Absolutnie!  Trzeba się skupić i wyciszyć. Człowiek, GRZESZNIK!!!, taki jak ja nie może przejść obojętnie i do porządku dziennego wobec śpiewu Antoniny Krzysztoń uzupełnionego instrumentami perkusyjnymi (Jarek) zawartego na tej płycie. Zostajemy przeniesieni w czasie i w przestrzeni do rzeczywistości...  pasyjnej.
Już Gorzkie żale wprowadzają odpowiedni nastrój. Ogrodzie Oliwny, Lament duszy i Krzyżu Święty pozwalają szybko dojść do najbardziej istotnego momentu męki czyli śmierci Jezusa. Być może początek konania symbolizuje instrumentalne Łado. Cały dalszy ciąg płyty dotyczy właściwie tego aktu odkupienia naszych win. Króla wznoszą się ramiona jest śpiewany zjawiskowo i na dwa głosy. Taki dwugłos możemy jeszcze spotkać w niektórych kolejnych utworach. Nie będę wymieniał wszystkich z listy. Pozwolę sobie tylko wspomnieć, że poprzez pieśni takie jak Kto jest sługą Matki Świętej poruszana jest też kwestia cierpienia matki, Matki Bożej. Jezu Chryste, Panie miły oraz Lament kończą zasadniczą część płyty. I tutaj moja prośba-propozycja, aby jej odsłuchiwanie w Wielkim Poście kończyć na utworze nr 13 (czy to przypadek?). Czternasty, ostatni utwór, wymieniony w spisie treści jako suplement ma tytuł Alleluja i zostawiłbym go na Wielką Sobotę. Zatem na płycie jest pozostawiona nadzieja. Czym byłaby męka, śmierć, odkupienie (naszych, moich też!) grzechów bez zmartwychwstania? Nie można skończyć inaczej.
Odnotuję, że prawie wszystkie utwory zostały nagrane na podstawie nut ze śpiewnika kościelnego x. Jana Siedleckiego. I jeszcze jedno. Antonina Krzysztoń ma tak czysty głos, jak mało kto na tym łez padole. Mój zachwyt nie wynika wyłącznie z tego materiału, choć tutaj jest on udowodniony w sposób ewidentny. Jak w liturgii Wielkiego Piatku - wyłącznie śpiew i głuche kołatanie na bębnach.
Odważyłem się napisać na temat tej płyty. Z drugiej strony - zrealizowałem marzenie. Moja relacja do muzyki z niej płynącej jest niezwykle osobista. Z drugiej strony - pewnie tak powszechna. To swoisty wstęp przed i uzupełnienie po wielkopostnych rekolekcjach. Zgodnie z Ewangelią na Popielec może nie powinienem tak rozgłaszać, ale chciałem się podzielić, żeby każdy mógł wejść do swej izdebki i posłuchać.
Pierwsze wydanie tej płyty już dawno zniknęło z półek. Drugie można nabyć w paganinim. Płyta dedykowana jest wszystkim cierpiącym, a dodatkowo Ś.P. Januszowi Kotarbie, który m.in. tak wiele zrobił na rzecz muzyki nagrywanej przez Chrześcijan.



poniedziałek, 15 lutego 2010

Sade po 10 latach

Tydzień temu "wytargałem" ze sklepu album, na który czekałem przynajmniej od miesiąca. W ten sposób umocniłem 1 pozycję jego sprzedaży :-))) w tym tygodniu. Markieting, że tak napiszę, świetny, acz czy zasłużony? Spodziewałem się, że będzie w sprzedaży wersja normalna i nienormalna czyli tzw. tania. Wszak okazało się, że tania wersja, to wersja "eko"! I tutaj duży plus. Nie lubię wydań typu "Zagraniczna płyta - polska cena" z jednokartkową wkładką i jeszcze napisami po polsku. Natomiast wersja "eko" jest w moim przekonaniu schludna, estetyczna i "nie razi" nachalnością. Wysuwanie płyty do połowy nawet przyjemnie kojarzy się z winylem. Dlatego zostałem nabywcą tejże wersji. Nie żałuję.
Natomiast żałuję, że od tygodnia nosiłem się z zamiarem podzielenia się przemyśleniami o tej płycie, a przez kilka dni nie mogłem jej "na spokojnie" posłuchać. Stąd taki poślizg na blogu. Tytułowy singiel zapowiadał rewelację-rewolucję. Niestety nie mamy rewelacji, na szczęście nie mamy rewolucji. Jest to wciąż ta sama, rozpoznawalna Sade. Bardzo, bardzo dobra muzyka, bardzo, bardzo dobry głos, bardzo, bardzo dobry aranż. Tak na moje ucho nie-muzyka fascynata muzyki. Jak często będę sięgał do tej płyty tego nie wiem, ale wiem, że jest to muzyka na różne okazje i niejeden wykonawca mógłby życzyć sobie takich kompozycji. Jak zywkle u Sade - materiałem nie można się znudzić, ponieważ całość trwa trochę więcej niż 40 minut. Pozostaje niedosyt i pozostaje płytę włączyć sobie jeszcze raz. To jest bardzo dobry objaw i słuszna koncepcja :-).
Utwory, które mnie zapadły jakoś bardziej w pamięć oprócz tytułowego to: smoothne i kto wie czy nie najpiękniejsze na płycie "Morning Bird", singlowe "Babyfather" i "Bring Me Home" oraz końcowa ballada "The Sefest Place".
W jednej sentencji pisząc: BARDZO SZADOWA MUZA!     

sobota, 5 grudnia 2009

Rozbujana Armia dziwadeł


Nie ochłonąłem jeszcze po płycie "Der Prozess", a tu już następna. 2009 - to jest rok Armii! Pisałem w poprzednim wpisie dotyczącym Armii, że się obawiam... Całkowicie niepotrzebnie. Być może piszę o tej płycie co najmniej o tydzień za późno, ale wsłuchiwałem się, żeby usiąść i napisać coś sensownego. Poza tym nie mogłem się zebrać, bo ostatnio słabo się zbieram. Czytałem recenzje, czytałem posty na oficjalnym forum Armii i z zaciekawieniem zbierałem opinie innych ludzi. A opinie są różne. Natomiast moje zdanie jest takie, że płyta jest niesamowicie bogata i bogato niesamowita. W zasadzie tu mógłbym zakonczyć. Jednak uprzedzam - przed użyciem wstrząsnąć! Samym sobą, ponieważ ta płyta wyłamuje się z wszelkich kanonów. Również armijnych. Nie mam odpowiedniego dystansu, aby napisać, która płyta Armii jest najlepsza, najważniejsza, itp. itd. Jedno można stwierdzić - "Freak" to tzw. milowy krok zespołu. W którą stronę, tego nie wiem, ale podejrzewam, że sami muzycy Armii nie wiedzą. Dzięki tej płycie wiem, że Armia to zespół wolny artystycznie pod każdym względem, otwarty na własny rozwój i ewolucję muzyczną. Jeśli ktoś myślał, że tytułowa suita "Ultima  Thule" to kres możliwości muzycznych grupy - to był w błędzie, w wielkim błędzie. Raczej tego nie robię, ale tym razem wyjątkowo pozwolę sobie opisać moje wrażenia dotyczące każdego utworu.

Home. Dynamiczny kawałek na dzień dobry z wyraźnie wysuniętym basem i szalejącymi saksofonami, które będa wiodły prym na całej płycie. Ostatnie osiem sekund - muzycznie wali z nóg. "Guess I am ready to see, guess I am ready to go".  Zespół zabiera nas w bajkową podróż.
You Know I Am. Tuba na wstępie i znów saksofony, jakbym słyszał Tie Break (kojarzycie taki zespół?). Szybko i wolno - na przemian. Kto wie czy nie jest to utwór charakteryzujący całą płytę. "You know I am. The sinner". Ja też nim jestem! Jak dobrze to sobie uświadomić po raz kolejny w czasie Adwentu.
Break Out. Perkusja i saksofon zapraszają do rytmu ciągnącego sie przez cały utwór. Przemawia gitara, nie mam pewności, ale chyba gra na niej Robert Brylewski, a może jest ich kilka naraz. Ma się uczucie jakby ktoś na luzie zamiatał, a raczej wymiatał (ślizgał?) po strunach. Można się bujać. Do dyskusji włącza się akoredon. "Break out. Watch out". Na każdym kroku.
Chwila wytchnienia, jakieś szumy, dziwne, kosmiczne dźwięki i...
Grot the Engine Driver. ...dalej biegniemy, ponieważ dynamika utworu nie pozwala nam stać w miejscu. Po odśpiewaniu tekstu znów bas i perkusja wychodzą na czoło, Tom krzyczy, żeby biec i saksofony pozwalają dolecieć do mety. "Ride to the cross, ride till to die. Working at the end of time. Run!". Jaki koniec czasu? Kto wierzy, ten wie.
Green. Z elektronicznego dziwadła wyłania się rytm perkusji, zaśpiew i znów ślizg gitary. Rytm jest powalający. Brawa dla Kreuza! Potem melodyja na klawiszach. Powtórka sekwencji, a następnie złamanie utworu - głos, chyba Merlina, okaryna, a następnie różne perkusyjne dziwadła jak z Afryki. "Hey, I love you son". Kto tak mówi? Kto wierzy, ten wie. "I'm so green". Dosłownie jakbym to ja sam sobie mówił. Już czytałem opinie na temat tego utworu, że jest nudny, że jest niepotrzebna ta druga część... Nawet pewnemu redaktorowi z internetu przytrafiło się napisać, że kolor zielony kojarzy się z (cytuję) "odjazdem narkotycznym" (koniec cytatu). Ratunku!!! Jakby kolor zielony nie mógł kojarzyć się z nadzieją albo tak jak to pewnikiem zostało pomyślane - z niedojrzałością. Ale czasem "tłum redaktorów" jest mądrzejszy niż sam autor tekstów. Tak bywa.
Freak. Bajkowy klimat, znów perkusja odgrywa bardzo ważną rolę i to dosłownie. Dźwięki-przeszkadzajki zdaje się, że mają nam uświadomić, że mamy do czynienia z tytułowym utworem płyty. Spójrzcie na jej okładkę. Kosmici? Dziwadła? Słowo "freak" nie ma jednoznacznego tłumaczenia. Myślę, że celowo. Mnie się to kojarzy dziwnością albo lepiej z dziwem, wybrykiem natury. Ponownie pod koniec utworu melodia i niosący rytm gdzieś się rozpływają. "This is a freak. This is a wonder. This is a life." Jak spoglądam za siebie, na swoje własne życie, jak tu się nie zgodzić...
In the Land of Afternoon (Amagama). Jestem fanem Armii, ale jestem też fanem Floydów. Gdyby Tom nawet nie dodał podtytułu, to i tak słuchając tego utworu przychodzi mi na myśl skojarzenie z wczesnym Pink Floyd. Oczywiście, można mieć tysiące innych skojarzeń muzycznych, np. z King Crimson albo po prostu z jazzem. Tutaj dźwięki na różnych instrumentach, tak latają dookoła, że nie sposób ich opanować. Na koniec utworu pojawia się minutowa ściana dźwięku, ale nie takiego jak to było rozumiane na płycie "Der Prozess". To zupełnie inna ściana jest, bo inne dźwięki są. Przepiękna, naprawdę przepiękna podróż muzyczna.
The Other Side. Dialog saksofonów i gitar, tak należy tu użyć liczby mnogiej.
Przechodzimy do śpiewu Toma i rytmu. Solówki instrumentów. Przejmujący mruko-głos - Merlin? Saksofony, jakbym słyszał trochę stary Tilt, trochę stary Kult a przede wszystkim improwizujące Voo Voo. Na finał płyty pogłosowy śpiew, na pewno Roberta Brylewskiego, tyle że on nie jest pojedynczy, tworzy się jakiś swoisty chór. O, przepraszam, jeszcze saksofony - dominowały na całej płycie, więc wieńczą dzieło. "Seven in Heaven". Książeczka płyty kończy się takim tekstem: "Can you hear me banging? Seventy seven times." Czy coś trzeba dodawać?

Apropos książeczki, to teksty w niej zawarte nie są dokładnie tekstami śpiewanymi. Należy je raczej potraktować jak opisy utworów. Jeszcze o jednym, wymienianym w opiniach, aspekcie płyty. Angielski. Z jednej strony teksty po angielsku nadają uniwersalności całemu materiałowi, z drugiej strony czynią go bardziej tajemniczym. Nie można się zgodzić z "panami redaktorami", że śpiew jest tylko tłem dla dźwięków i jednym z instrumentów. Śpiew uzupełnia muzykę, ale słowa są bardzo, bardzo ważne i są kluczem do zorientowania się, co takiego ma nam do opowiedzenia Tomasz Budzyński. Czytałem też zarzuty, że śpiew jest w wersji "russian english". Nawet jeśli nie jest idealny, a nie jest  (człowiek jest człowiekiem), to wnosi słowiańską, wschodnią nutę. Śpiewany z takim, a nie innym akcentem, czyni tą muzykę bogatszą i ja już nie wyobrażam sobie na "Freaku" akcentu w stylu np. Stinga czy Chrisa Martina.

Uwagi na koniec: To nie jest muzyka, którą można włożyć do szufladki, choć niektórzy już szukają określeń. W wikipedii znalazłem taką definicję na temat freak folku. Nie mówi mi to nic kompletnie i przyznaję, że nie znam żadnego z wymienionych tam zespołów.  Chciałem w ten sposób pokazać, że wszelkie klasyfikowanie powoduje ograniczenia, a muzyka, teksty i śpiew Armii na płycie "Freak" są wolne... artystycznie. I dojrzałe. Czekam na koncert, który już niebawem. Kto nie ma płyty, to małe conieco można posłuchać na myspace.

czwartek, 3 grudnia 2009

To Toto to też do auta



 Dawno nie pisałem, ale nie dało rady... Ten wpis jest pomyślany jako kontynuacja kuferkowo-samochodowej muzyki. Może się powtórzę, ale w samochodzie trzeba mieć pod ręką taką płytę, która nie tylko nie popsuje nikomu z podróżujących humoru, ale go poprawi. Jeśli radio się "wyczerpało", w ciszy jakoś dziwnie - ciachu-machu i na przykład... Toto.
Ja akurat dysponuję tylko "Toto IV", ale absolutnie żaden kawałek nie znudzi się mnie ani na moment podróży. Poza tym to w sumie to taki zestaw debeściaków. Utwory na tej płycie to zdecydowanie utwory ponad czasem. Płyta wydana w 1982 roku, zawiera kilka singli, z których jeden to ten największy superprzebój, który do dzisiaj z powodzeniem jest grany w radio i za każdym razem zachwyca. "Africa" - cudna muzyka i tekst. Tak się kiedyś robiło przeboje... Przeboje, które nie mają problemu, że za stare, że moda nie taka, że zbyt pretensjonalne, że jakiś muzyk coś w nich wykonuje na siłę, że melodii nie ma. Powinno się o tym uczyć dzieci w szkołach. Powinno być w zestawie do głosowania na Top Wszechczasów (można sprawdzić) w Trójce i w Złotych. Powinno się z takimi piosenkami robić to co poniżej  robi słoweński (chór?) Perpetuum Jazzile. I proszę się nie niecierpliwić, ale wstęp trwa około 1 minutę i 40 sekund. Niniejszym zapaszam do odsłuchu...
Toto to zespół ponadczasowy. Prosty przykład: "Spanish Steps of Rome" - który to już tydzień na Liście u Pana Marka Niedźwieckiego?   


niedziela, 22 listopada 2009

Z Mechanikami w aucie



W ostatnim okresie dane mi było zrobić trochę kilometrów. Oprócz wybranych stacji radiowych można w czasie podróżowania posłuchać muzyki - takiej "do auta". Każdy ma swój podręczny zestaw płyt. Postanowiłem zatem pokazać nieco, co ja zabieram do takowego "kuferka".
Niektórzy dysponują tylko kasetą magnetofonową,  i choć to przeżytek, to jeszcze gdzieniegdzie spotyka się radiomagnetofony. Piszę o tym, ponieważ muzyka  Mike'a i Mechaników towarzyszyła mi przez lata właśnie na takim nośniku i właśnie w samochodzie.
Stała się numerem jeden z "kuferka", ulubioną i najczęściej odtwarzaną. Zetknąłem się z nią bardzo późno, bo w roku 1999, czyli tuż przed śmiercią Paula Younga (nie tego, tylko innego!), a na dodatek tylko płytą "Hits". Jednak to nie jest prawdą do końca, ponieważ... Cóż, pisałem kiedyś: jestem "umysł ścisły".  Dlatego, jak włączyłem tą muzykę, usłyszałem jeden utwór, potem drugi i kolejne, stwierdziłem, że ja przecież to wszystko świetnie znam z radia, tylko nie miałem pojęcia o nazwie zespołu i tytułach utworów. Jestem prosty chłopak, to i nie zwracałem jakoś uwagi, że towarzystwo, które tak nieprzeciętnie gra oraz śpiewa to Mike i Mechanicy. Po prostu umknęło mi przez lata, przyznaję się "bez bicia". Dopiero płyta "Hits" stała się dla mnie jak "prawda objawiona". Przy okazji dziękuję Przemkowi!!! Ktoś pomyśli, że zabranie szlagierów do "kuferka" - to bardzo prosta sprawa. Zgadzam się, tylko nie wszystkie grupy spełniają kryterium tej uniwersalności, że można ich muzykę włączyć w obecności rocznego dziecka albo osiemdziesięcioletniej babci i nikomu to nie zawadzi ani nie zaszkodzi. Poza tym, kolejna sprawa, to... żeby się dobrze jechało... Taka jest prawda.
Album "Hits"  powstał w 1996 roku, zatem zawiera najlepsze kompozycje z okresu  1985-1996. Mnie to nie przeszkadza. Jakoś tak się składa, że nie mam cienia wątpliwości, aby nazwać przebojem KAŻDY utwór zawarty na tej płycie. Już Mike Rutherford (tak, ten z Genesis) się o to postarał - z nuty na nutę. Nie będę wymieniał po kolei co zawiera ta kompilacja, ponieważ można sobie to sprawdzić. Zrobię wyjątek dla trzech utworów pochodzących pierwotnie z trzech różnych płyt: nr 5 - "Another cup of coffee" (1995), nr 6 - "Nobody's Perfect" (1988) i nr 7 - "Silent Running" (1985). To moi wybrańcy ze wskazaniem, choć niewiele odbiegają od całości. Ponieważ całość dobrze "wpada w ucho" - niezależnie od tego czy śpiewa Paul Carrack czy Paul Young. Tym wpisem oczywiście "Ameryki nie odkryłem", wielu z Was czytających tą twórczość zna na wylot. Z tym, że jak pisałem na początku, chciałem opowiedzieć o zawartości "kuferka".  Może nie mam racji, ale "Mike and The Mechanics" to formacja, która powstała jakby przy okazji i radość tworzenia przez perfekcyjnych muzyków (Nobody's Perfect :-) ) niesie za sobą brak zmęczenia i lekkość w tym, co się słyszy. Poza tym wokaliści mają jakiś magnes w głosie powodujący, że z chęcią sięgam po tę płytę kolejny i kolejny raz. Po prostu: piosenki, które przechodzą próbę czasu. Naprawdę polecam każdemu.
Przecież w aucie najlepiej wozić ze sobą Mechaników stale i mieć ich pod ręką, prawda?

Dopisek:
Słowo mechanics z angielskiego nie oznacza mechanicy, ale mechanika albo mechanizm. To tak dla ścisłości.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Maleo RR dla symetrii

"Addis abeba" ukazała się z końcem lipca, dlatego kto choć trochę interesuje się rege albo działalnością Maleo w ogólności, pewnie zna tą płytę na wylot. Zatem nie będę opisywał w szczegółach co się na niej dzieje, bo to nie ma sensu... no, może poza dwoma zdaniami. Wszak wiadomo, że to rozkołysane rytmy, rozbudowane instrumentarium i dbałość o klarowny przekaz. To jest taki rodzaj potoku dźwięków, który albo trafia prosto w serce, albo nie trafia wcale. Tak się przynajmniej mnie wydaje. W moim przypadku zdecydowanie działa ta pierwsza opcja. W zasadzie chciałem jedynie zasygnalizować trzy rzeczy niniejszym wpisem.
Po pierwsze Maleo RR rusza właśnie w trasę koncertową. Zachęcam, tych którzy nie byli na koncercie, a wahają się - warto!
Po drugie poniżej można zobaczyć teledysk do drugiego singla z płyty - "Alibi" z kompozycją samego Darka Malejonka i tekstem Jakuba Podolskiego (tu ukłony za tekst). Teledysk nie jest całkiem nowy, ale może tu będziecie go oglądać po raz pierwszy. Sam teldysk, jak widać, zawiera urywki kręcone w Afryce, w czasie kiedy Maleo tam był.
Po trzecie na utwór "Alibi" można głosować na Liście Przebojów Marka Niedźwieckiego w radio Złote Przeboje już od kilku tygodni, tylko jakoś "robota wciąż nie idzie".
Miłego oglądania!




Dlaczego "Maleo RR dla symetrii"? Wystarczy przeczytać poprzedni wpis.

czwartek, 12 listopada 2009

Po prostu Zwiastun

BIAŁY OBŁOK 
północna gwiazda płonie wciąż  wędruje przez wszechświaty 
z południa nieustannie ciągną ludzkie karawany
kolistą drogą wieje wiatr czuć zapach oceanu
nad ziemią biały obłok przynosi ludziom światło 
nad ziemią biały obłok przynosi ludziom światło

a skąd pochodzą wielkie burze wiatry i zamiecie
jak długo jeszcze rzeki będą nosić w brzegach wodę
czas się odmierza co dzien wschodem i zachodem
nad ziemią biały obłok rozwiały huragany
nad ziemią biały obłok rozwiały huragany

na próżno pragnę posiąść gwiazdy ciał niebieskich wiedzę
przeniknąć w nieskończoną toń bezkresną czarną głębię
odchłanie zatopiły świat nie mogę znaleźć ciebie
czy jeszcze biały obłok zaświeci swoim światłem
czy jeszcze biały obłok zaświeci

nad ziemią biały obłok 
zaświeci zaświeci 
zaświecił swoim światłem 

biały obłok 

słowa i muzka: Krzysztof Filus


Niewątpliwie dzisiejszy wpis jest jednym z najważniejszych jaki się tu pojawił, a może nawet pojawi. Rzecz dotyczy zespołu, który pierwszy i ostatni raz "na żywo" usłyszałem w 1990 roku na X Festiwalu Piosenki Religijnej w Gliwicach. Działo się to  właśnie jakoś w pierwszej połowie listopada czyli 19 lat temu. Wtedy to pierwszy raz zetknąłem się z tego typu muzyką, gdzie wykonawcy otwarcie śpiewali o Bogu, a jednocześnie nie były to ani chórki małolatów, ani popisy organisty, ani nazwijmy to "śpiewy ludu" (z całym szacunkiem do każdej wymienionej formy).
Zespół Zwiastun mocno przykuł moją uwagę piosenką "Jestem". Szczęśliwie okazało się, że jest to grupa muzyków na tyle profesjonalnych, że mają oni na swoim koncie nagrania wydane wówczas na kasetach magnetofonowych. Mam je do dziś i za każdym razem sięgam po nie z wielką sympatią i sentymentem. Zdaję sobie sprawę, że zespół Zwiastun niewielu pamięta, a w internecie nie znalazłem o nim wzmianki. Może za słabo szukałem. Dlatego kiedyś miałem nawet zamiar utworzyć stronę www o nich i jeszcze jednej grupie, o której może uda się jeszcze napisać w przyszłości. Dodatkowo pozwolę sobie zatem na kilka informacji czysto encyklopedycznych. Dobra, do sedna...

Pierwsza kaseta, jaką mam jest raczej pierwszym albumem zespołu. Na okładce widnieje informacja, że zespół działa od grudnia 1981 roku, a gra i śpiewa nie tylko w kościele. A to oznacza, że muzycy zaczynali w stanie wojennym... Z poważaniem dla New Life'm, ale jeśli słyszę, że właśnie od NLM w 1992 roku wszystko się zaczęło - wiem, że to nie jest prawda. Przecież początki gliwickiego festiwalu sięgają końca lat 70-tych, że nie wspomnę o tzw. Mszach beatowych, o czym mogłoby powiedzieć coś pokolenie moich rodziców. Na kasecie pod tytułem "Nie mam innej drogi" słychać brzmienie lat 80-tych, jednakże instrumentarium jest na tyle bogate, a utwory w tak różnorodnym klimacie, że słuchacz nie może się znudzić. Utwory po kolei (podaję też "czasy"): A1. Psalm 150, 4:28; A2. Nie mam innej drogi, 4:25; A3. Psalm 116, 5:34; A4. Jeruzalem, 3:00; B5. Przed Tobą, 4:25; B6. Wir fali, 7:52, B7. Czekam na dzień, 5:20. Mój ulubiony to "Psalm 116" z przejmującymi klawiszami i chórkiem na końcu, ale tak naprawdę całość to prawdziwy rarytas dla uszu. "Wir fali" poświęcono zmarłemu tragicznie koledze. Wymienię jeszcze nazwiska muzyków: Janusz Sikorski - perkusja, Zygmunt Golonka - klawisze (słynna, kultowa Yamaha DX7!), Artur Kaszowski - gitary, Marek Kluza - śpiew (ale też gitary i klawisze), Krzysztof Filus - bas, Tomasz Guliński i Piotr Bzowski - chórki. Materiał realizował początkowo Tomasz Rogula, a potem konsoletę przejęli Edward Sosulski i Wojciech Lipczyński. Zespołowi pomagał także Maciej Bubula - przyjaciel muzyków. Nagranie pochodzi z kwietnia-czerwca 1987 roku. Warto dodać, że na okładce znajduje się reprodukcja obrazu Danuty Waberskiej pod tytułem "Droga do centrum", a projekt graficzny wykonali Grzegorz Truś i Mieczysław Marcinkiewicz. A kto jest wydawcą? O tym za moment.

Kolejna kaseta, którą posiadam, to "Biały obłok". Słychać, że muzyczne i tekstowe rozwinięcie - jest bardziej bogato. Muzycznie - wystarczy zerknąć na instrumentarium. Śmiem twierdzić, że niejedna ówczesna kapela działająca tu i tam życzyłaby sobie takiego sprzętu, a co za tym idzie efektu końcowego, pokazującego szeroki wachlarz możliwości i realizowanych pomysłów. Ten materiał to  artystyczny sukces Zwiastuna. Nagrań dokonano w krakowskim Teatrze Stu  w listopadzie i grudniu 1989 roku (20 lat temu!). Znów pobawię się w wyliczankę, ale nie ma innego wyjścia, bo naprawdę o zespole w "przestrzeni wirtualnej" nic dotąd nie znalazłem. Po kolei: A1. Kocham Cię, 4:48; A2. Nowa Jerozolima, 4:10; A3. Biegnę, 6:24; A4. Zbuduję dom, 6:24; B5. Biały obłok, 5:57; B6. Nigdy i nigdzie, 5:42; B7. Długa droga, 5:02; B8. Jestem, 4:29. Muzycy: Marek Kluza - śpiew (i gitara), Krzysztof Filus - bas i śpiew w B7, Artur Kaszowski - gitary, Jarosław Miszczyk - klawisze (Rolandy i Kurzweil K1000), Janusz Szrom - klawisze (jak poprzednio), Kazimierz Chludek - saksofony, Grzegorz Wolski - trąbka. Chórki: Ilona Kłosowska i Kamilla Mędrek. Realizatorem nagrań był Piotr Brzeziński i Zbigniew Grzywacz. Projekt okładki wykonali Elżbieta Kluza i Artur Kaszowski. Może i brakuje mi obiektywizmu, myślę sobie jednak, że utwory bronią się świetnie do dziś. Wielu, wielu muzograjków mogłoby się uczyć na tych dźwiękach i na tych tekstach.
Wstępy, przejścia, rozwinięcia, zakończenia... Efekty, trąbki, solo na saksofonie... Nie znam się na tym, za to jako odbiorca mogę napisać: BARDZO dobrze, że istniał Zwiastun. Nagrał TAAAKI materiał.
Tak, piszę "istniał" w czasie przeszłym, bo muzycy jakoś się rozeszli i w latach 90-tych nie bardzo wiedziałem, co się z nimi dzieje. Czy nadal coś tworzą. Po latach okazało się, że jest muzyczny projekt Artura Kaszowskiego - Odpowiem z 2005 roku. Na koniec "osadzę" muzykę z obrazkami z tego projektu. Poza tym wystarczy zajrzeć na bosko.pl, aby się przekonać o sile "Odpowiem".
Pozostała jeszcze niewyjaśniona kwestia wydawcy. Otóż, Edycja Paulińska, czyli Ojcowie Pauliści (nie mylić z Paulinami!) z Częstochowy. Piszę o tym na końcu, ponieważ moim zdaniem - OBIE kasety, wespół z kolędami nagranymi przez Zwiastuna zasługują na reedycję, a przypominanie poszczególnych starych utworów (nawet nie wiem czy tak się stało w przypadku Zwiastuna) na składankach Edycji to zbyt mało...




Dopisek

Wymieniłem korespondencję z Arturem Kaszowskim (dziękuję!!!) i dla ścisłości uzupełnię jeszcze wpis następującymi informacjami:
Zwiastun rozpoczął pracę nad materiałem do trzeciego albumu, zostały nawet nagrane cztery utwory: Łodzi z koralu (do tekstu J.Lieberta), Jeśli zdołasz, Psalm 91 i Romans. Autorem wszystkich był Marek Kluza. Muzyków "dopadły" jednak życiowe zmiany, dlatego nagrania zostały przerwane, a zespół zakończył działalność.

czwartek, 5 listopada 2009

Cyfrowy obraz trójgłowego potwora

Czy to jest nowość? Coś co wydano w 2006 roku??? Hmmm... Zależy jak dla kogo. Jak pisałem, blog będzie raczej subiektywny, z próbą obiektywizmu. Dla mnie to jest nowość, ponieważ nieustająco nadrabiam wydawnicze zaległości i kilka dni temu zakupiłem rejestrację koncertu Triquetry. Koncert ten nagrano w Olsztynie w klubie "Andregrand" 3 marca A.D. 2006. Podobnie brzmi tytuł obrazu. Po prostu "Olsztyn Andregrand 3/3/2006". Zakup był tym razem dokonany bezpośrednio od Podola w cenie prawie jak za darmo. Zachęcam do przejrzenia stronki www, link po lewej.


Nagranie pochodzi z trasy "Marny Trud Tour" i mnie nieuchronnie kojarzy się z jej kontynuacją - zespół w maju 2006 zawitał również do  klubu, gdzie i mnie udało się go wysłuchać na żywo. Trasa miała na celu promować wówczas debiutancki album "T", z tym, że dziś można się lekko zdziwić, ponieważ w zestawie koncertowych piosenek z Olsztyna pojawiają się też te z drugiego albumu "Atom". Otóż historycznie wyglądało to tak, że Triquetra nagrała "Atom" w 2008 roku, ale ze swoim "starym" repertuarem, który wcześniej (przed "T") pojawił się na demówkach. I to całe rozwiązanie zagadki.

Wracając do sedna czyli zarejestrowanych nagrań postaram się po kolei wypowiedzieć na ich temat, choć idea obiektywizmu zostanie mocno nadszarpnięta. Uwielbiam takie granie, takie teksty, takie podejście do sprawy, a zespół bardzo cenię od czasów składanki RuAHa "Telegram" (nieprzypadkowo tak nazwanej). Nawet nazwa wytwórni "Takich Jak My Nie  Wydaje Nikt Records" moim zdaniem przejdzie do historii.
Koncert rozpoczyna się utworem "Tryumf", czyli dźwiękami spokojniejszymi przeplatanymi z mocnym refrenem. Po nim można wysłuchać  3 numery pochodzące z płyty "T" - "Szpieg T", "77" i "Punkt". Wiem, że w czasie koncertu nie zwraca się zbytnio uwagi na teksty, ale słuchając go "w kapciach" z odtwarzacza obrazo-dżwięków można się naprawdę nieźle "wgryźć". Mnie szczególnie podoba się drugie dno tekstu "Punkt". Po tym następuje przejście do starszego materiału - "Draka" i kultowy już "Telegram". O tym utworze w zasadzie powinien być u mnie osobny wpis, ponieważ moim zdaniem zasługuje on na miano hymnu, ponad czasem. Gdyby ktoś wyrył mi tekst (nie no, znów piszę o tekście, ale Podol to bardzo dobry tekściarz i nic na to nie poradzę) tej piosenki np. na nagrobku, to byłbym absolutnie dumny z tego faktu. Tym razem mocny "Telegram" jest nietypowo zakończony w stylu rege, co nawiązuje do kolejnego jedynego regałowego "Goraggio" (albo "Coraggio", bo widziałem tytuł zapisany i tak, i tak). Repertuar nadal się przeplata - "Sabat" z "T" i dobrze znany "Na czas" z czasów demówek, gdzie chwytliwy refren buja całą pieśnią. Kolejny utwór to "Constans", jeden z ważniejszych utworów na "T" - tutaj kończy on podstawową część koncertu. Ta kompozycja trafnie znajduje się jakby na finał, rozbudowana, ze słowami "zabierz mnie, za Tobą chcę iść" i dynamiką jaką odczuwało się w poprzednich zagranych utworach.
Od utworu "Na wagary" zaczynają się jakby bisy. W trakcie utworu jest doskonała wstawka pokoncertowa, zapowiadająca ciąg dalszy tego dokumentu, na której frontman Podol mówi kilka zdań o trasie. Na bis są jeszcze dodatkowo "Noc" oraz "Sekret".
Można zwrócić uwagę w czasie całej projekcji na ciekawe ujęcia kamer. Odnosi się wrażenie jakby pracowało ich przynajmniej sztuk cztery. Jeden minus. Niestety, muszę napisać o tej rzeczy, bo brakowało mi jej oglądając koncert. Pomimo, że całość działa się w klubie, to znikomo zarejestrowano kontakt z publicznością i jej obecność. Na osłodę przeprowadzono wywiady, które można obejrzeć jako osobny filmik. Wypowiedzi są ciekawe. Dzięki opowiedzianej "historii choroby" Igiego, widać poczucie humoru panujące w grupie. Choć muzycy mówią również o rzeczach poważnych, jak np. kilka słów dotyczących koncertu w więzieniu w Zamościu.

Jeśli ktoś nie wie, co to Triquetra, spokojnie może zacząć od tego koncertu. I obraz, i dźwięk są OK. Można muzyków podglądnąć, wysłuchać brzmienia gitar i przesłania na wokalu. Naprawdę można przekrojowo zapoznać się z twórczością tej grupy. Całość brzmi lekko klubowo-garażowo, ale w tym cały urok. Chyba tak miało być.

Wrócę jeszcze do początku, tzn. do tytułu. Określenia "trójgłowy potwór" bodajże ktoś użył w jednym z wywiadów... i tak zostało.

sobota, 24 października 2009

AudioFeels po raz pierwszy


O płycie "Uncovered" dowiedziałem dwa tygodnie temu, kiedy to szperałem po wirtualnym świecie. Dobre kilka dni po premierze. Nie zastanawiałem się długo. Pobiegłem do sklepu i mam. 12 utworów, 45 minut z sekundami. Mało czy dużo? Na takie pytanie można odpowiedzieć po przesłuchaniu.
AudioFeels, czyli AF, to 8 mężczyzn, którzy zawojowali pewien konkurs w telewizji. Trudno się dziwić. Gdzieś ostatnio przemknął mi przez oczy artykuł z pytaniem brzmiącym tak: "Czy zaistnieliby Ci ludzie, gdyby nie było takich programów?". Rzecz dotyczy nie tylko AF, ale szeregu innych artystów oraz tzw. "gwiazd" i "gwiazdeczek". Pytanie tak naprawdę pozostaje bez odpowiedzi. To jest też pytanie o sens trwania takich programów w TV, a to nie jest na temat. W każdym razie AF się udało i w ich przypadku to raczej była kwestia czasu. Po edycji konkursu pomyślałem sobie: "Kiedy będzie ich płyta i dlaczego nikt ich nie wydaje?". Cykl nagraniowy i wydawniczy trwa. Chciałoby się powiedzieć: "Wreszcie jest". Należy jednak pamiętać, że AF nie są pierwszym polskim wykonawcą, który poszedł tą drogą. Czy ktoś kojarzy Ryczące Dwudziestki?
Wróćmy do płyty. Album starannie wydany - digipack, co w zasadzie staje się standardem. Ludzka cena. Mnóstwo podziękowań wokalistów, zapewne słusznych. Sama muzyka zachwyca od pierwszego wejrzenia, znaczy się przesłuchania. Zestaw coverów zaśpiewanych po mistrzowsku co każdego szmeru - takie odnoszę wrażenie. Myślę, że wykonawcy oryginałów powinni być w pełni zadowoleni. Czy ktoś wysłał już Otherside do R.H.Ch.P.? Całość materiału słucha się bez problemu, mimo podejścia "dla każdego coś miłego". Po 45 minutach w mojej głowie zrodziło się pytanie "To już?". I to jest pozytywne, ponieważ chce się włączyć płytę  jeszcze raz. Mimo to moje uszy wyróżniają "Shape of my heart" i oczywiście "Twoja miłość", jedyny utwór po polsku. Co do tego ostatniego, usłyszanego kiedyś w sieci, pierwsze odczucia wywołały autentyczne "ciary" na moich plecach i wzruszenie.

Zachęciłem? Nie? Namawiam do odwiedzin oficjalnej strony www.audiofeels.pl, wyłączenia "okna" o nowej płycie i poklikanie sobie na "ludzików" w dowolnej kolejności. Thinkin' about your... feeling of audio.  
Zespół rusza w trasę koncertową promującą materiał. Wybiorę się?